17.12.2017

Rozdział 19


Justin POV:
Po przywitaniu się, siadamy do stołu. Mama jak zwykle stanęła na wysokości zadania i w zaledwie godzinę przygotowała pyszną kolację. Niestety nie przepadam za jedzeniem posiłku w gronie ludzi, których niezbyt lubię i którzy wręcz wpatrują się we mnie jak ciele w malowane wrota. To potwornie krępujące i myślę sobie, czy nie jestem brudny.
- Nie wiedzieliśmy, że wróciłeś do domu, Kochanie - Margaret uśmiecha się do mnie i upija łyk czerwonego wina - Twoja mama wspominała, że wyjechałeś. Opowiesz nam o tym?
- Cóż - chrząkam i zwijam dłonie w pięści. Jeszcze tego brakowało, abym musiał opowiadać jej historię swojego życia - Pracowałem na platformie wiertniczej w Norwegii. Musiałem odsapnąć od swojego życia, przemyśleć sobie kilka spraw. Wróciłem po roku, bo tutaj jest mój dom i stęskniłem się za rodziną. Teraz skupiam się na moim sklepie komputerowym.
- Och, to świetnie! Praca na platformie to z pewnością nic łatwego. Jesteś odważny.
- To niebezpieczna praca i pewne ryzyko, że coś pójdzie nie tak. Na szczęście w Norwegii takich wypadków było zaledwie dwa i niezbyt poważne. Ale nie tęsknię za tym.
- Wierzę! - Margaret wzdycha i patrzy na mnie jak zaczarowana. Okej, ta kobieta zaczyna mnie niepokoić - Skoro już wróciłeś i zostajesz, może odnowisz kontakty z Carmen?
- N-nie mam teraz za wiele czasu na życie towarzyskie - jąkam się, ale kurewsko mnie zaskoczyła. Nie mam zamiaru spotykać się z tą dziewczyną. Jej charakter jest paskudny! - Rozkręcam sklep i spędzam w nim większość dnia - upijam łyk wody i spotykam wzrok mamy. Unosi brew, jakby mówiła "och, poważnie?". Błagam, pomóż mi, kobieto!
- Tak, Justin jest zapracowany - och, dzięki Ci mamusiu! - No dobrze, może przejdziemy do interesującego nas tematu? Przygotowałam kilka mieszkań dla Carmen - mama podaje Margaret białą teczkę, otwierają ją, a jej oczy robią się wielkie jak spodki - Oczywiście jeśli życzysz sobie coś innego, mów śmiało. Ograniczyłam się do ceny, którą podałaś.
- Te mieszkania są piękne, Kochana! Carmen powinno wystarczyć te sto metrów, prawda?
- O-oczywiście - mama zaciska usta, a ja przewracam oczami. Sto metrów dla nastolatki? Chyba powariowali! - To spokojne i bezpieczne dzielnice. No i jest blisko do centrum.
- To ogromny plus. Spójrz, córeczko - Margaret przysuwa się do Carmen i teraz obie przeglądają kilka kartek. Jestem znudzony i najchętniej ulotniłbym się z tej imprezki.

Godzinę później przenosimy się do ogrodu. Wieczór jest pogodny i bardzo ciepły. Piję zimne piwo, atmosfera nareszcie się rozluźniła, niestety Orsonowie ponownie zaczynają wychwalać swój sklep i dumnie wymieniają kwoty, jakie zarabiają. Moje spojrzenie krzyżuje się z ojcem i doskonale wiem, jak bardzo nudzi go ta szopka. Chce być gościnny, uprzejmy, ale jestem pewny, że wystawiłby ich za drzwi. Osobiście bym mu pomógł.
- Co z biletami na jutrzejszy lot? - słyszę cichy głosik Oli i przekręcam głowę - Bukujemy?
- Jasne, zrobię to zaraz po kolacji. Jesteś gotowa, aby spotkać się ze swoim ojcem?
- Nie wiem, wydaje mi się, że tak. Na pewno na miejscu będę potwornie zestresowana.
- Pamiętaj, że będę z Tobą, tak? Może moja osoba nieco podniesie Cię na duchu, hmm?
- Z pewnością - mruga uroczo i próbuję nie gapić się nią jak zakochany szczeniak.
- Justin - naszą rozmowę przerywa Carmen, która siedzi naprzeciwko nas. Bawi się kosmykiem włosów i patrzy wprost na mnie. Znam to spojrzenie. Bywałem w klubach, a tam spotykałem mnóstwo dziewczyn. Te, które miały brudne myśli patrzyły dokładnie w taki sam sposób - Chciałabym zaprosić Cię na spacer. Co Ty na to? - prawie dławię się piwem. Od kiedy zrobiła się aż tak śmiała? Dawniej ledwo udało jej się przywitać.
- Jak wspominałem, mam teraz mało czasu. Nic nie obiecuję, może kiedy mój grafik nieco się rozluźni, wtedy znajdę chwilę na spotkanie - jak na zawołanie czuję dłoń Olivii, którą układa na moim udzie i wbija w nie palce. Auć! Wiem, że później mi się za to oberwie.
- Och, daj spokój. Przecież nie wymagam, abyś poświęcił mi cały dzień. Wystarczy godzina.
- Pomyślę nad tym, dobrze? W weekend mnie nie ma, będę dopiero w poniedziałek.
- Świetnie! Więc niech będzie poniedziałek - klaszcze w dłonie i uśmiecha się szeroko.
Nie wypowiadam słowa. Skupiam uwagę na rozmowie naszych rodziców, ale już nie wykaraskam się z tego spotkania. Ledwo wyjaśniłem sprawę z Natalie, a teraz napatoczyła się Carmen. Jestem dżentelmenem, nie lubię sprawiać kobiecie przykrości, jednak mam przeczucie, że z tą dziewczyną nie będzie tak łatwo. Jest uparta i widocznie nie zrozumiała aluzji o braku czasu. Jeśli się z nią spotkam, Olivia urwie mi jaja przy samej dupie! Między nami wreszcie zaczęło się układać, nie chcę, aby to ponownie się spieprzyło.
- Wiesz, myślałem ostatnio nad pewną sprawą - Marco, ojciec Carmen wyrywa mnie z moich myśli - Co powiesz, abyśmy zaczęli współpracować? Mógłbym odkupić od Ciebie kilka procent udziałów w firmie. Chciałbym spróbować czegoś nowego - a to szuja!
- Przykro mi, Marco, ale nie ma takiej możliwości - mina ojca jest bezcenna. Płonie ze złości, jednak zachowuje pełną kontrolę, a uśmiech nie schodzi mu z twarzy - Nie planuję sprzedaży udziałów swojej firmy. Ani teraz, ani nigdy. Prowadzę ją razem z moją żoną, a potem przejdzie na nasze dzieci. To rodzinna firma, bez wspólników. Sam rozumiesz.
- Oczywiście, rozumiem. Szkoda, nasza współpraca mogłaby być bardzo owocna.
- Z pewnością. Dawno temu obiecałem sobie, że nikomu nie odsprzedam choćby i jednego procenta udziałów. Zresztą! Sprzedaż mieszkań to chyba nie Twoja działka, co?
- To prawda. Mimo wszystko w tej dziedzinie można nieźle zarobić - ach, pieniądze!
- Justin - ponownie Carmen zawraca mi głowę i przerywa rozmowę naszych ojców. Wszyscy skupiają na nas uwagę i czuję, że nie będzie dobrze - Przejdziemy się? Macie ładny ogród.
- Och, to świetny pomysł - Margaret klaszcze w dłonie i patrzy na mnie wyczekująco.
- Justin - mama pogania mnie i patrzy ze współczuciem. Niech to kurwa wszystko szlag!
- Jasne - chrząkam, uwalniam się od dłoni Olivii i niechętnie podnoszę z fotela.



Olivia POV:
Zaciskam szczękę, staram się pohamować złość, chociaż idzie mi to niezmiernie ciężko. Mam ochotę wstać i wytargać tą pieprzoną Margaret za kudły! To oczywiste, że na siłę pcha Carmen w ramiona mojego brata, bo jest po prostu dobrą "partią". Skoro kiedyś firma ma przypaść nam, oznacza to, że na naszych kontach przybędzie sporo zer. Dodatkowo tata nie zgodził się na odsprzedaż udziałów, więc trzeba spróbować inaczej. Już dawniej ta rodzina doprowadzała mnie do szału i jak widać niezbyt wiele się zmieniło. Oprócz tego, że Carmen wypiękniała wszystko pozostało dokładnie takie samo. Nadal przechwalają się tym durnym sklepem wędkarskim i chwalą swoją nadętą córeczkę. Poważnie? Dopiero odetchnęłam od Natalie, a już pojawiła się kolejna? Co to ma być? Cholerne swatanie?
- Olivia? - mama przysuwa się i marszczy brwi - Wszystko dobrze? Wyglądasz na wściekłą.
- Nie, jestem po prostu znudzona - szepczę, aby Margaret przypadkiem nie usłyszała. Jej gderanie o moim braku wychowania ciągnęłyby się chyba w nieskończoność - Kiedy koniec? Wolałabym się położyć, dochodzi dwudziesta pierwsza. Nie chce mi się tutaj siedzieć.
- W porządku, możesz iść do siebie - mama mruga okiem, cmokam ją w policzek i podnoszę tyłek z fotela - Proszę wybaczyć, boli mnie głowa i pójdę się położyć. To był bardzo miły wieczór, dobranoc - wymuszam uśmiech i po prostu opuszczam towarzystwo - Kurwa, nareszcie - burczę pod nosem, idę do kuchni i wyjmuję zimne piwo. Nie mogłam pić przy Orsonach, bo zgorszyłabym ich swoim zachowaniem. Prycham rozbawiona, biorę otwieracz i człapię na górę. Chowam się w swoim pokoju, otwieram piwo i wypijam pół na raz. Oddycham z ulgą, bo właśnie tego potrzebowałam. Mam wrażenie, że jedno piwo to zdecydowanie za mało, aby pozbyć się tej przeklętej zazdrości, która żre mnie od środka. Ufam Justinowi i wiem, że Carmen nie jest w jego typie. A może coś się zmieniło? W końcu wygląda zupełnie inaczej i być może wpadła mu w oko - Nie pleć bzdur, idiotko. On Cię kocha - karcę samą siebie, pozbywam się sukienki i zakładam na siebie koszulkę Justina. Wdycham jego zapach, siadam na parapecie i obserwuję ogród. Widzę Orsonów przy stole i Justina, który spaceruje z Carmen. Na szczęście nie zapaliłam światła, więc z pewnością mnie nie widzą. Zastanawiam się, cóż ta przebiegła idiotka kombinuje. Jeśli będzie kręcić się obok Justina, mogę się nie pohamować i zdradzę coś, czego nie mogę. Nikt, nigdy nie może się dowiedzieć, co łączy mnie z własnym bratem. W tym miasteczku wszystko roznosi się z prędkością światła i to pewne, że wybuchnąłby prawdziwy skandal. Przebiłabym nawet Caroline, która zaszła w ciążę w wieku czternastu lat - Nie - szepczę do siebie, kiedy dostrzegam dłoń Carmen, którą układa na policzku mojego brata - Nie rób tego, Justin - kręcę głową, ściskam palce na butelce piwa, a moje serce chce wyskoczyć gardłem. Carmen staje na palcach i nim ma szansę go pocałować, Justin się od niej odsuwa. To dla mnie zbyt wiele. Nie mam siły, aby walczyć z kolejną laską, która stanęła na mojej drodze - Pieprzyć to - zeskakuję z parapetu, dopijam piwo i układam się w łóżku.

Budzi mnie pobudka w telefonie. Na cały pokój rozbrzmiewa pieprzone "Tuedsay" i mam ochotę wyrzucić telefon przez okno. Nakrywam głowę poduszką i myślę nad tym, kiedy niby nastawiłam ów pobudkę. Przecież poszłam spać, po co miałabym wstawać o określonej godzinie? Mam wakacje, do cholery! Poddaję się, wystawiam dłoń i po omacku szukam telefonu. Jak na złość spada na podłogę i nie przestaje grać. Boski początek dnia!
- Wstawaj! - dobiega mnie głos Justina, który jednym ruchem zrywa ze mnie kołdrę i poduszkę, którą wciąż miałam na głowie - Dochodzi dziesiąta. Masz godzinę na przygotowanie się i spakowanie. Lot do Nowego Jorku jest punktualnie o dwunastej.
- Och - wbijam zęby w wargę, siadam i odgarniam włosy z twarzy - Kiedy to zrobiłeś?
- Wczoraj, kiedy ta tragiczna kolacja wreszcie dobiegła końca. Przed chwilą oświadczyłem rodzicom, że nigdy więcej nie mam zamiaru brać udziału w takim przedstawieniu.
- Wow - podnoszę się, przeciągam i idę wprost do łazienki. Justin kroczy za mną jak cień i zamyka za nami drzwi - Mam nadzieję, że powiedziałeś to również w moim imieniu?
- Tak się składa, że powiedziałem - uśmiecham się szeroko, bo to świetna wiadomość - Oni wiedzą, że wcale nie chcieliśmy brać w tym udziału, ale wiesz jacy są Orsonowie.
- Aż za dobrze wiem. Dlatego nie chcę się z nimi widywać, przecież ich nie znoszę!
- Byłaś wczoraj na mnie zła, prawda? - robi krok w przód i obejmuje mnie - Widziałem, nie musisz się wypierać. Wiesz, że nie miałem ochoty na towarzystwo Carmen? - przytakuję, bo tak naprawdę nie miał wyjścia - Chciała mnie pocałować, ale natychmiast się odsunąłem. Ta suka jest szalona, przysięgam! - prycha rozbawiony i ujmuje moją głowę w dłonie - Margaret myśli, że nas ze sobą zeswata, ale nic takiego nigdy nie będzie miało miejsca. W moim sercu jesteś tylko Ty, aniołku - pociera nosem o mój i cmoka mnie w usta. Kręcę głową i zasłaniam je dłonią - O co chodzi? - odchyla głowę i unosi brew zaskoczony.
- Nie całuj mnie, nie umyłam jeszcze zębów - odsuwam się, zdejmuję z siebie jego koszulkę oraz bieliznę. Wchodzę do kabiny, odkręcam gorącą wodę i delektuję się prysznicem. Właśnie tego potrzebowałam - Czuję na sobie Twoje spojrzenie, wiesz?
- I słusznie, bo nie mogę się na Ciebie napatrzeć. Jesteś piękna - staje przede mną i przysuwa nos do szyby. Robię to samo i chichoczę, ale z nas dzieci - Kocham Cię, Oli.
- A ja kocham Ciebie - w miejscu, gdzie są jego usta całuję szybę i mrugam okiem - A teraz daj mi wziąć prysznic, bo jak tak dalej pójdzie, to na pewno się spóźnimy.

O jedenastej wyruszamy na lotnisko. Mama przekazuje mi jasne instrukcje, podaje dokładny adres mojego ojca - Adama i prosi, abym na siebie uważała. Uśmiecham się smutno, przytulam do niej i obiecuję, że wszystko będzie dobrze. Mam świadomość, jak bardzo mój wyjazd przeżywa mama, w końcu sama nie widziała Adama odkąd zaszła z nim w ciążę i kazała podpisać papiery. I po raz pierwszy wpada mi do głowy myśl, jak zareaguje mój ojciec, kiedy już stanę w drzwiach jego domu? Jadę tam z pozytywnym nastawieniem, a jeśli on po prostu zamknie mi drzwi przed nosem? To by zabolało.

Dwie godziny i piętnaście minut później jesteśmy na miejscu. Na lotnisku panuje spore zamieszanie, chaos i kiedy wreszcie możemy je opuścić, oddycham z ulgą.
Justin przywołuje taksówkę i jedziemy do naszego hotelu. Nie miałam pojęcia, że wszystko zorganizował, a on naprawdę to zrobił. Pozytywnie mnie zaskoczył i jestem mu wdzięczna, że jest tutaj ze mną. Dzięki niemu jest mi o wiele raźniej i mam w sobie więcej odwagi. Z nim moje życie wydaje się być zupełnie inne, niż bez niego. Mam wrażenie, że jestem zupełnie inną Olivią. Pełną życia, szczęśliwą radosną. Przez ten rok bez niego było ciężko i to Alex trzymał mnie w kupie. Dlatego tak bardzo zależny mi na tym, abyśmy pozostali przyjaciółmi. Kocham go na swój własny sposób i musi mu to wystarczyć.

Wysiadamy pod hotelem, Justin bierze torby i idziemy do recepcji. Załatwia wszystkie formalności, wjeżdżamy windą na siedemnaste piętro i przechodzimy długi, jasny korytarz. Rozglądam się z zaciekawieniem, ale ten hotel nie jest byle jaki, to wyższa półka.
- Proszę - Justin otwiera drzwi i przepuszcza mnie pierwszą. Przekraczam próg naszego pokoju i przystaję w miejscu. Jasna cholera, co to ma być?! Przede mną ukazuję się ogromne łóżko, a okna ciągną się od podłogi aż po sam sufit. Po prawo jest łazienka, a po ledwo kuchnia. Przecież to apartament! Czy on kompletnie oszalał?! - Podoba Ci się?
- T-tak, ale musiałeś wydać na niego majątek - zamyka drzwi, odkłada nasze walizki i przyciąga mnie do siebie. Łączy nasze usta w namiętnym pocałunku i natychmiast po moim ciele roznosi się to znajome ciepło. Nareszcie mam go tylko dla siebie - J-Justin.
- Ciii, teraz mi się nie wymkniesz, nikt nam nie przeszkodzi - idzie do przodu, tym samym ja się cofam, jednak trzyma mnie mocno i po chwili opiera o zimną ścianę - Pamiętaj, że wciąż jestem nabuzowany po Twoim wybryku w kuchni - szepcze zmysłowo, sunie nosem po mojej szyi i jednym ruchem pozbywa się mojej krótkiej sukienki. Uważnie skanuje moje ciało, wbija zęby w wargę i bezwstydnie wsuwa dłoń pod moją bieliznę. Wzdycham, zwijam dłonie w pięści i czekam na to, co zrobi. Jak na złość nie robi nic, po prostu wpatruje się we mnie i oddycha szybko - Mam zamiar Cię pieprzyć Oli. Lepiej, żebyś była na to gotowa - nie uśmiecha się, jest poważny jak diabli, a to nakręca mnie jeszcze bardziej. Pozbywa się swoich ciuchów, kuca i wsuwa palce za gumkę moich majtek.
- Nie! - chwytam jego nadgarstki i kręcę głową. Unosi brew, a jego wzrok mówi "tylko spróbuj mi zabronić" - Mam okres, Justin - zawstydzam się i zaciskam usta. Cholera!
- Powiedziałem Ci, że nawet to mnie powstrzyma, pamiętasz? - przytakuję, bo faktycznie to powiedział - Doskonale. Więc zabierz ręce - nie robię tego jednak. Jestem skrępowana i nie wyobrażam sobie, jak to ma niby wyglądać! - Olivia - Justin karci mnie i sam strzepuje moje ręce. Po chwili jestem naga, a jego oczy wręcz wiercą we mnie dziurę - Boli Cię brzuch? - zaprzeczam, jestem zbyt podniecona, aby odczuwać jakikolwiek ból - Świetnie - wreszcie się uśmiecha i sięga do walizki. Wyjmuje granatową kosmetyczkę, a z niej dobrze mi znane małe opakowanie. Nie wspomniałam o tabletkach, ale chcę zrobić mu niespodziankę, kiedy będę już po okresie - Odwróć się - rozkazuje, wykonuję jego polecenie i opieram policzek o ścianę. Nie muszę długo czekać, a już czuję jego dłonie na moim ciele. Składa pocałunki na moim karku, przygryza skórę i wysyła mnie w pieprzony kosmos. Przysuwam się do niego i błagam, aby wreszcie we mnie wszedł - Jesteś gotowa? - szepcze wprost do mojego ucha, przygryza jego płatek i jeszcze bardziej wypinam pupę w jego stronę. Wbija się we mnie bez ostrzeżenia, a z moich ust ucieka krzyk. Rany, jest tak dobrze! - Och, tak! - syczy przez zęby, owija moje włosy na nadgarstku i nie hamuje się. Jego ruchy są mocne, gwałtowne, zmysłowe. Uderza raz za razem nie dając mi czasu na chwilę oddechu - Przygotuj się na intensywny weekend, mam zamiar solidnie Cię wymęczyć - o słodka Marysiu! Napiera na moje ciało i dociska mnie do ściany.

Chwilę później bierzemy prysznic, myjemy się wzajemnie i ubieramy świeże ciuchy. Mama umówiła mnie z Adamem na siedemnastą i dopiero teraz zaczynam odczuwać lekki stres. Co tak właściwie powinnam mu powiedzieć? "Cześć, jestem Twoją córką"? Przecież to idiotyczne, bo on doskonale o tym wie. Za niecałe dwie godziny spotykamy się i ciekawi mnie, czy stresuje się równie mocno, jak ja. Czy jestem do niego podobna? Czy będziemy mieli o czym porozmawiać? Czy cokolwiek nas połączy? Cholera, boję się!
- Oli - podnoszę głowę i wpatruję się w Justina, który kręci głową - Dlaczego nic nie jesz, hmm? Wiercisz się jak kura na jajach, jesteś zupełnie gdzie indziej. Uspokój się, tak?
- Łatwo Ci mówić. To nie Ty idziesz na spotkanie ze swoim biologicznym ojcem!
- Wiem, że to nie jest proste, ale już tutaj jesteś. Jestem pewny, że będzie dobrze.
- Co tak właściwie mam mu powiedzieć? Boję się, że nie będzie chciał ze mną gadać.
- Zwariowałaś? To dorosły facet, Oli, dlaczego niby miałby nie chcieć z Tobą gadać?
- A bo ja wiem? Może mnie nienawidzi? Może nienawidzi mamy, za to, co odwaliła?
- Tego wszystkiego dowiesz się dzisiaj. Cokolwiek by się nie stało, jestem przy Tobie.
- Dziękuję, jesteś moim aniołem stróżem. Zawsze potrafisz mnie pocieszyć, wesprzeć.
- W końcu jestem Twoim... chłopakiem, mała - mruga okiem i kiwa głową na mój talerz. 

Adam nie chciał spotkać się w restauracji lub kawiarni, zaprosił mnie do swojego domu. Byłam tym cholernie zaskoczona, ale to akurat dla niego ogromny plus. Nie mam pojęcia, czy jego rodzina będzie w tym samym czasie w domu, nie wiem nawet, czy w ogóle ma rodzinę. Jakby się głębiej zastanowić, nie wiem nic o własnym ojcu. Świetnie! Mama nie raczyła powiedzieć nic na jego temat, jej zachowanie było trochę dziwne i bardzo nerwowo zareagowała na mój wyjazd. Dlaczego nie chciała, abym spotkała się z Adamem?
- Prawie jesteśmy - głos Justina wyrywa mnie z moich myśli. Taksówka podjeżdża pod "pałac", płacimy kierowcy i wysiadamy - Jasna cholera, kim jest ten człowiek? Księciem?
- Żebym to ja wiedziała - wzruszam ramionami i wciskam przycisk w domofonie. Jak na zawołanie słyszymy przyjazny kobiecy głos i zostajemy wpuszczeni do środka. Ogromna brama otwiera się przed nami, idziemy przed siebie i pokonujemy długi podjazd - Ja pierdole, zmęczyłam się - sapię pod nosem, a Justin śmieje się ze mnie. Kiedy jednak dom ukazuje nam się w całej okazałości, uchylam usta - Tak, pałac to idealne słowo, wiesz?
- Zauważyłem. Nie ukrywam, nie tego się spodziewałem. Zadzwonisz wreszcie?
- J-jasne - jąkam się, już chcę wejść po schodkach, ale ktoś mnie uprzedza. Z domu wyskakuje starsza kobieta w niebieskiej sukience i szarym fartuszku - Dzień dobry.
- Olivia i Justin, tak? - och! Przytakuję, uśmiecha się i zaprasza nas do środka - Pan Adam już na Państwa czeka, zaprowadzę - idziemy za nią, rozglądam się i muszę przyznać, że coś takiego widzę po raz pierwszy w życiu. Dom jest ogromny, piękny, przestronny. Na ścianach wiszą obrazy, które zapewne kosztują majątek i kilka zdjęć. Niestety nie mam okazji im się przyjrzeć, bo kobieta otwiera przed nami podwójne, białe drzwi - Proszę, wejdźcie.
- Dziękuję - szepczę cichutko, wchodzimy do środka i wpatruję się w mężczyznę, który stoi przy oknie. Jest odwrócony do nas plecami i nie widzę jego twarzy. Jest ubrany w granatowy, dopasowany garnitur i kiedy kobieta wychodzi, zapada cisza. Mam ochotę rzucić się do ucieczki, bo sytuacja zdecydowanie mnie przerosła. Sądziłam, że to będzie zwykły, wyluzowany facet, a tymczasem mam przed sobą pieprzonego biznesmena! Na domiar złego stoimy z Justinem na środku pokoju i zaczynam mieć dość. Chrząkam, aby zwrócić na siebie uwagę i ku mojemu zdziwieniu, mężczyzna chichocze pod nosem. Spoglądam na Justina, marszczę brwi, ale on tylko wzrusza ramionami - D-dzień dobry. Byliśmy umówieni, jednak jeśli przeszkadzamy, możemy przyjść później - albo w ogóle, dodaję w myślach.
- To nie będzie konieczne, Olivio - kiedy wreszcie się odzywa, moje ciało dziwnie się odpręża. Po prostu czuję wewnętrzny spokój, jakbym doskonale wiedziała, że człowiek, który stoi przede mną nie jest mi całkowicie obcy - Cieszę się, że zdecydowałaś się ze mną spotkać - nareszcie odwraca się, pochodzi do nas i uśmiecha serdecznie. Moje serce chce wyskoczyć z piersi, bo jego twarz wydaje się być znajoma. Przeczesuję zakamarki swojej pamięci i jak na zawołanie odszukuję brakujący element. Jasna cholera! Wystarczy tylko oglądać wiadomości, a na pewno każdy skojarzyłby mojego ojca. Czy to są jakieś jaja?! - Miło Cię poznać, Adam Schumer - wystawia dłoń, ściska moją, a ja gapię się na niego z rozdziawionymi ustami. Adam Schumer - pieprzony senator, zapomniałeś dodać! 








16 komentarzy:

  1. Ale jazda... Mega, mega, megaaa! Chcę więcej! Super rozdział 😊

    OdpowiedzUsuń
  2. Ozesz w mordę tego się nie spodziewalam hahah 😂
    Rozdział genialny , jestem ciekawa jak to się dalej potoczy u jaki będzie ten Adam... nie mogę się doczekać następnego rozdzialu! ❤❤❤❤

    OdpowiedzUsuń
  3. Wow to sie ciekawie robi 😮
    Czekam na następny 💕💕

    OdpowiedzUsuń
  4. To pojechałaś z grubej rury. Znany senator. Czyżby szykował się jakiś skandal?
    Pozdrawiam,
    Kama

    OdpowiedzUsuń
  5. Uuu robi się coraz ciekawiej:)

    OdpowiedzUsuń
  6. o boze, ty to umiesz zafundowac pozadna dawke emocji, juz nie moge sie doczekac jak sie akcja potoczy

    OdpowiedzUsuń
  7. Kaśka coś ty znowu wymyśliła 😎
    Teraz napewno Oli i Justin bd nie zauważalni kiedy papsy dowiedza się że jest córką jakieś "sławnego gościa " świetny 😘

    OdpowiedzUsuń
  8. Kocham twoje wszystkie opowiadania ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Bardzo mi się podoba;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Będzie bardzo ciekawie ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Bardzo podoba mi się ten rozdział jak i całe opowiadanie;)

    OdpowiedzUsuń