04.03.2018

Rozdział 30


Justin POV:
Panuje niezręczna cisza i mam wrażenie, jakby czas się zatrzymał. Siedzę obok Olivii, czuję serce w gardle, a widok mamy potwornie mnie zaskakuje. Stoi niepewnie tuż obok Adama, który wpatruje się w nią jak zahipnotyzowany. To widać, że nadal darzy ją głębokim uczuciem. Co dziwne, mama patrzy na niego dokładnie w taki sam sposób, czego za cholerę nie rozumiem. Mimo tego, iż jest z ojcem, może kochać innego? Szaleństwo!
- S-Sylvia - Adam szepcze cicho, a jego głos drży i podpiera dłoń o blat stołu. Jest blady
jak ściana i nie spuszcza z niej wzroku - J-jak się tutaj znalazłaś? Skąd wiedziałaś?
- To proste. Śledziłam Justina - och, świetnie! - Zobaczyłam lot do Nowego Jorku i skojarzyłam fakty, nic trudnego. Zabukowałam bilety i oto jestem - uśmiecha się do niego i unosi dłoń. Adam ściska ją i głaszcze kciukiem wierzch - Miło Cię znowu zobaczyć.
- Ciebie również, tyle lat - kręci głową, odsuwa dla niej krzesło i pomaga usiąść - Zjesz z nami śniadanie? - siada obok, bierze filiżankę i nalewa kawy - Czarna, bez cukru, tak?
- Zgadza się, pamiętałeś - gapią się na siebie, spoglądam na Oli, która wzrusza ramionami, a jej oczy mówią; "a nie mówiłam?" - Więc - mama chrząka i niepewnie spogląda na Olivię - Przyleciałam, ponieważ chciałam porozmawiać z naszą córką. Chyba mnie poniosło.
- Chyba to zdecydowanie za mało powiedziane. Eksplodowałaś niczym bomba nuklearna!
- Córeczko, nie złość się, dobrze? - Adam uspokaja ją i kręci przecząco głową - Luzik.
- Luzik? Serio, tato?! Nie masz pojęcia, co mama wygadywała. Jakbym była najgorsza!
- T-tato? - matka zaciska usta i wygląda na zaskoczoną - Mówisz do Adama, tato?
- A co w tym dziwnego? Przecież jest moim ojcem, tak? Poza tym jest super gościem.
- Dzięki, mała. Staram się - Adam mruga okiem, a ja nie mogę powstrzymać uśmiechu.
- Nie ukrywam, jestem zaskoczona waszą relacją. Przecież nie znacie się zbyt długo.
- Ciekawe przez kogo - Oli burczy pod nosem, ściskam jej dłoń i karcę spojrzeniem. Musi wyluzować - Okej, nie chciałam - przewraca oczami i oddycha ciężko - Może i nie znamy
się długo, ale on w porównaniu do Ciebie nie wylał na mnie kubła pomyj i nie zrównał z ziemią. Wysłuchał mnie, doradził i dał mi wsparcie, którego nie dostałam od rodziców.
- Przepraszam, córeczko. Ja po prostu byłam w szoku, bo to nie mieści mi się w głowie.
- No widzisz? A Adamowi się mieści - wzrusza ramionami, opiera stopę o brzeg krzesła i wcina rogalika. Ta mała wariatka jest szalona! - To on nie pozwolił mi się poddać, kazał walczyć o Justina, o miłość, która nas łączy - mama przekręca głowę i patrzy na niego z niedowierzaniem. Ups! - Miał rację. Nie zadowolę wszystkich, bo znajdzie się ktoś, komu nie spodoba się moje zachowanie. To moje życie i mam prawo przeżyć je tak, jak chcę.
- Ale robisz coś bardzo złego, dziecko! Justin jest Twoim bratem, to niewłaściwe!
- Sylvio - głos zabiera Adam i chwyta jej dłoń - To nasze dziecko, musimy ją wspierać, rozumiesz? Jeśli nie chcesz tego robić, nie oczekuj ode mnie, że Cię poprę. Odzyskałem ją po latach i mam zamiar dać jej to, czego tylko będzie chciała. Jeśli zażyczy sobie dom z basenem - dostanie go. Jeśli będzie chciała samochód za milion dolców - również mam zamiar jej go dać. A jeśli będzie potrzebować ramion do wypłakania się, ja będę obok niej, aby ją w nich schować. Nie dam jej skrzywdzić, Sylvio. Ani Tobie, ani nikomu innemu.
Zapada grobowa cisza. Wszyscy wpatrujemy się w Adama i doskonale rozumiem jego uczucia. Nie uczestniczył w życiu Oli, mama brutalnie oddzieliła ich od siebie i musiał się z tym pogodzić, chociaż walczył o córkę. Mam przeczucie, że zwariował na puncie młodej i będzie chciał podarować jej cały świat. To zrozumiałe, bo każdy rodzic chce dla swojego dziecka jak najlepiej. Uśmiecham się pod nosem, bo Adam to naprawdę równy facet.
- N-nie wiem, co powiedzieć - mama schyla głowę, a po jej policzkach płyną łzy. Adam kuca naprzeciwko niej, sunie dłońmi po jej ramionach i pociesza - Jestem zagubiona.
- Nie martw się, pomogę Ci się odnaleźć. Musisz tylko zrozumieć kilka spraw, Sylvio.
- Zostawimy was - podnoszę tyłek z krzesła, pociągam Oli za rękę i opuszczamy ogród. Mimo tego, iż mama przyleciała do córki, chyba Adam ma jej sporo do powiedzenia. 

Biegnę do siatki, sapię jak lokomotywa i w ostatniej chwili odbijam piłkę, która niestety nie przechodzi na drugą stronę kortu. Przewracam oczami, a gra zaczyna mnie wkurzać.
- Oszukujesz! - wymierzam rakietę w Oli, która niewinnie wzrusza ramionami i wystawia środkowy palec - Och, poważnie?! Jakież to dojrzałe, wiesz? I tak wygram ten mecz!
- Możesz sobie pomarzyć! Przecież przegrywasz, cieniasie! - śmieje się ze mnie, czym rani moje ego! Już ja jej pokażę - No weź, masz minę jak zbity pies! Bo się rozpłaczę!
- Tylko poczekaj! - wrzeszczę, robię zamach i serwuję. Piłka wpada idealnie w jej pole, Oli odbija ją i ponownie wraca na moje pole. Jestem na to przygotowany, uderzam w nią rakietą i ląduje tuż przed końcową linią - Ha! Bingo! Tak, jestem boski! Powiedz to!
- Jestem stuknięty i naiwny! - co?! - To tylko jeden punkt, tak? Masz do nadrobienia seta!
- Oj tam, oj tam! Już Ty się o mnie nie martw, dam sobie radę! Lepiej się pilnuj, aniołku.
- Dawaj, cieniasie! - krzyczy rozbawiona, pochyla się do przodu i czeka na mój serwis.
- Cieniasie, tak? - szepczę do siebie, normuję oddech i serwuję. Piłka przelatuje na jej stronę, jednak Oli ani drgnie czym zdobywam punkt! - Fuck, yeah! Kto jest cieniasem?
- Nadal Ty - chichocze i perfidnie nabija się ze mnie. Mrużę oczy, odkładam rakietę i idę w stronę siatki, którą zwinnie przeskakuję. Olivia robi krok do tyłu, jednak nim ma szansę przede mną uciec, porywam ją w ramiona i okręcam dookoła. Jej pisk roznosi się chyba na pół dzielnicy i rani moje biedne uszy! - Puszczaj mnie, bo zacznę krzyczeć! - a to dobre!
- Serio? Właśnie się wydarłaś, wariatko - śmieję się z niej, mruży oczy i robi tą swoją niby groźną minę - O cholera, chyba się Ciebie boję, wiesz? Wyglądasz tak... zabawnie!
- Nie miałam wyglądać zabawnie, a groźnie... cieniasie - o nie! Nie podaruję jej tego.
- Dostaniesz za swoje - stawiam ją na ziemi, odwracam tyłem do siebie i zaczynam bezlitośnie gilgotać. Wije się na wszystkie strony, śmieje jak opętana i próbuje uwolnić do mojego uścisku - Widzisz? Warto było nazywać mnie cieniasem, aniołku? Powiedz mi.
- N-nie! Przepraszam! - sapie głośno, opadamy na kolana, ale nie przestaję - Justin!!
- Hmm? - przysysam się do jej szyi, a po chwili widnieje na niej urocza malinka - Piękna!
- Nie wierzę, że to zrobiłeś - przykłada palce do skóry i wbija zęby w wargę - To boli.
- Mnie też bolało, jak nazwałaś mnie cieniasem - poruszam brwiami, Oli uderza mnie w ramię i staje na nogach. Wygląda uroczo z zarumienionymi policzkami i w krótkiej spódniczce - Byłaby z Ciebie cholernie seksowna tenisistka, wiesz? - obejmuję ją jedną ręką, a drugą wsuwam w jej włosy i całuję. Uwielbiam ją!



Adam POV:
Idziemy na kort, skąd dochodzą wesołe, głośne piski Olivii. Ukradkiem spoglądam na Sylvię, która idzie obok mnie i wygląda na przygnębioną i smutną. Długo rozmawialiśmy i mam nadzieję, że zrozumiała uczucie Olivii i Justina. Owszem, nie uważam, aby to było dobre, ponieważ są rodzeństwem, ale nie mam zamiaru dołować własnej córki, bo nie na tym polega rola rodzica. Rozmowa to podstawa, a Sylvia chyba o tym zapomniała. Jaki sens jest w dobiciu dziecka? Tak łatwo sprawić komuś przykrość, wyrzucić z siebie potok raniących słów, a potem trudno jest to naprawić. Bywa i tak, że jest to niemożliwe. Sylvia jest niesamowitą kobietą, nie spodziewałem się, że tak potraktuje naszą córkę. Zapamiętałem ją jako wrażliwą, troskliwą i dobrą osobę. Mam nadzieję, że to szok sprawił, że straciła nad sobą panowanie. Olivia nie zasługuje na to całe gówno, jest wspaniałą dziewczyną i wciąż nie dowierzam, że mogę mieć ją obok siebie. Myślałem o niej przez te wszystkie lata. Wyobrażałem sobie, jak rośnie, zmienia się, usamodzielnia. Jej pierwszy ząbek, słowo, krok. Te myśli rozdzierały moje serce i wręcz nienawidziłem Sylvii, że zrobiła mi coś takiego. Zachowała się tak podle, wymuszając na mnie podpisanie tych papierów, a szantażem wręcz rozerwała moje serce na strzępy. Kobieta, którą tak mocno pokochałem wbiła mi nóż w plecy. A teraz, po tylu latach jest w moim domu, idzie obok i jedyne, na co mam ochotę, to porwać ją w swoje ramiona i po prostu pocałować. Moja miłość przetrwała ten czas, a teraz wręcz budzi się na nowo. Sam doradzałem Olivii, aby walczyła o miłość i dociera do mnie, że mam ochotę zrobić dokładnie to samo. Wytoczyć najcięższe działa i walczyć, nie zważając na konsekwencje i grę fair play. Czy tego chcę, czy nie, kocham ją.
- O, Boże - Sylvia szepcze cicho i sprowadza mnie na ziemię. Zatrzymuje się w pół kroku i patrzy przed siebie. Unoszę głowę i widzę Olivię i Justina, którzy śmieją się radośnie, wygłupiają i po chwili całują. Uśmiecham się na ten widok, bo moja córka jest taka szczęśliwa. Pieprzyć to, że właśnie całuje się z własnym bratem, najważniejsze jest to, że odczuwa ten błogi spokój, jest spełniona, a jej serce nie zionie pustką. Tak, jak moje - Nie chcę na to patrzeć, Adamie - schyla głowę i chowa się za mną - To dla mnie zbyt wiele.
- To będzie właśnie Twoja terapia szokowa. Bądź dzielna - chwytam jej ramię, stawiam przed sobą i układam dłonie na jej ramionach - Nie zamykaj oczu, spójrz na szczęście naszej córki - kręci głową, nie widzę jej twarzy, ale domyślam się, że płacze - Wiem, że boli Cię ten widok, ponieważ to Twoje dzieci, ale one potrzebują Twojego wsparcia.
- Nie potrafię. Urodziłem je, rozumiesz to? To nie powinno tak wyglądać, to złe.
- Nie, Sylvio, miłość nie jest zła. Nic nie poradzimy na to, że obdarzyli nią właśnie siebie, może właśnie tak miało być? Jeśli się z tym nie pogodzisz, odejdą oboje. Stracisz ich.
- J-jak miałabym z tym żyć? - przykłada dłoń do ust i szlocha głośno - K-kocham je.
- Wiem o tym, ponieważ jesteś wspaniałą kobietą i matką. Niestety życie układa swój własny scenariusz, na który my nie mamy wpływu. Chcesz zranić Olivię jeszcze bardziej, niż zrobiłaś to do tej pory? Opowiedziała mi o tym, zachowałaś się bardzo podle, wiesz?
- Nie masz pojęcia, jaki to był dla mnie szok. Żyliśmy pod jednym dachem, a ja nic nie zauważyłam przez długie, trzy lata. Nie wiem, jak udało im się to przed nami zataić.
- Widzisz, ja zauważyłem to natychmiast - odwraca się i posyła mi zdezorientowane spojrzenie - To jest takie oczywiste, Sylvio. Patrzą na siebie jakby nie widzieli poza sobą świata. Przyciągają siebie jak magnesy i kiedy siedzą obok siebie, zawsze trzymają się za ręce. To piękna, chociaż nieco skomplikowana miłość. Jeszcze wiele przeciwności przed nimi. Jeśli chcą być razem, muszą wyjechać daleko stąd, aby móc normalnie żyć.
- Nie mogę na to pozwolić. To moje dzieci, Adamie! Niby gdzie mieliby jechać, co?
- Nie wiem, dokąd zechcą. Tam, gdzie nikt nie wie, kim tak naprawdę dla siebie są.
- Jakim cudem tak spokojnie do tego podchodzisz? Ten związek jest dla Ciebie normalny?
- Jest na pewno dziwny. Czegoś takiego nie spotyka się codziennie, ale jestem zdania, że pewne sprawy pchają nas w tym, a nie innym kierunku. Sama powiedziałaś, że przez trzy lata nie zauważyłaś ich zażyłości. Dobrze patrzyłaś, Sylvio? Czy miałaś na tyle czasu, aby poświęcić go własnym dzieciom?  Mamy ciężkie czasy, w którzy rządzi pieniądz.
- Więc myślisz, że to nasz brak czasu, zainteresowania, popchnęły ich w swoje ramiona?
- Tego nie wiem, ponieważ mnie tam nie było. Jednak wiem sam po sobie, ile moja praca zajmuje mi czasu. Przebywałem poza domem od rana do wieczora i nim się zorientowałem, mój syn zaczął opuszczać szkołę i jarać jointy. To był dla mnie kubeł zimnej wody.
- Uwierz mi, zdecydowanie lepiej przyjęłabym fakt, gdyby moje dzieci jarały jointy. Mogłabym jakoś temu zaradzić, a w tym przypadku mam związane ręce. Zabroniłam im się dotykać, zabrałam ich do psychologa i wszystko na nic. Powiedz, co mam robić?
- Powiem wprost; nic - wzruszam ramionami, a Sylvia zaciska usta i patrzy na mnie zrezygnowana - Cokolwiek zrobisz i tak pogorszysz sytuację. Olivia i Justin są dorośli i to do nich należy decyzja. Jeśli będą chcieli być razem, nic ich nie powstrzyma. Możesz na nich krzyczeć, rozdzielać, zabraniać, ale zmarnujesz tylko nerwy. Pozostaje tylko jedno wyjście z sytuacji; pogodzić się z tym - Sylvia już otwiera usta, przykładam do nich palec i uciszam ją - Możesz stracić swoje dzieci. Pomyśl, czy to jest tego warte. Obawiam się, że nie.
- Ja po prostu nie mogę tak spokojnie na to patrzeć, Adamie! Muszę coś zrobić, nie chcę, żeby oboje zmarnowali sobie życie! Jeśli ktoś się dowie, będą prześladowani, nękani.
- Właśnie dlatego nikt nie może poznać prawdy, a wyjazd jest jedyną szansą na ich wspólne życie. Jeśli Olivia poprosi mnie o pomoc, zrobię dla niej wszystko. Wiedz o tym.
- Dlaczego? - ociera łzy i patrzy na mnie podejrzanie - Od kiedy tak Ci na niej zależy?
- Tak naprawdę zależało mi na niej od tego pięknego, wrześniowego dnia, kiedy tylko powiedziałaś mi o ciąży. Niestety nie dostałem szansy, aby poznać własną córkę od razu, więc jestem ogromnie szczęśliwy, że mogę zrobić to teraz. Olivia jest moim dzieckiem, Sylvio, będę wspierał ją w każdym momencie. Taka jest właśnie rola rodziców. Mam rację?
- Oczywiście, że masz. Byłbyś dla niej wspaniałym ojcem - uśmiecha się smutno, a moje serce zaciska niewidzialna pięść - Wiele razy żałowałam tego, jaką wtedy podjęłam decyzję. Powinnam była pozwolić Ci uczestniczyć w życiu Olivii bez względu na wszystko, a jednak stchórzyłam. Mam nadzieję, że pewnego dnia będziesz w stanie mi to wybaczyć.
- Już dawno Ci wybaczyłem - unoszę dłoń, przykładam do jej policzka i głaszczę czule - Byłaś kobietą mojego życia, nadal jesteś. Moje uczucie względem Ciebie się nie zmieniło, wciąż Cię kocham - patrzę w jej piękne oczy i widzę z nich coś dziwnego, jakby dziwną ulgę. Sylvia schyla głowę, oddycha głęboko i po chwili ciągnie mnie w stronę domu - Co robisz? - śmieję się, bo ledwo za nią nadążam. Jednak kiedy tylko zamykam za nami drzwi, Sylvia robi coś, co wręcz mnie szokuje. Zarzuca dłonie na moją szyję i po prostu całuje.



Olivia POV:
Wieczorem, po długiej i odprężającym kąpieli z ogromną ilością wody oraz pachnącego olejku, rozmawiam z Alexem i Kate na skype. Przeczesuję moje wilgotne włosy i opowiadam o wakacjach w Cancun. Pomijam przykre momenty, ponieważ za nic w świecie nie może się o tym dowiedzieć, a skupiam uwagę na wspólnych chwilach z przyjaciółką, naszych wygłupach, opalaniu na spieczonego skwarka i wlewania w siebie zbyt dużą ilość alkoholu. Alex opowiada o Australii, wysyła mnóstwo przepięknych zdjęć i widzę na jego twarzy zachwyt tym miejscem. Jest zauroczony i marzy o przeprowadzce, czym szczerze mnie zaskakuje. Grożę mu w żartach, że za nic w świecie nie może być aż tak daleko ode mnie, a on obiecuje, że nigdy mnie nie opuści. Niestety rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej i nasze rozstanie jest nieuniknione. Jeśli chcę być z Justinem, tworzyć normalny związek nie ma szans na pozostaniu w naszym mieście. Przed nami poważna rozmowa, decyzje do podjęcia i być może nowy start, gdzieś tam daleko od domu.

Kilka minut przed dwudziestą Maria woła nas na kolację. Kiedy tylko pojawiam się w jadalni, w moje oczy rzuca się Adam oraz mama. Siedzę przy stole, rozmawiają po cichu, jednak co dziwne, wyglądają jak dwa, gruchające gołąbki. Czuję się dość niezręcznie, odsuwam krzesło i siadam obok taty. Nakładam trochę sałatki na talerz i biorę cieplutką, maślaną bułeczkę, którą zapewne Maria dopiero wyciągnęła z pieca. Pychotka!
- Umieram z głodu! - głos Justina przerwa ciszę, siada obok mnie i zdaje się nie wyczuwać tej napiętej atmosfery - Co to za miny? - pyta zaskoczony, aż mam chęć go walnąć.
- Jestem odrobinę zaskoczona, że tak dobrze czujecie się w domu Adama. To dość zaskakujące, ponieważ ledwo się znacie, a wasze kontakty są... przyjacielskie.
- To coś złego? Adam to świetny gość, mamo. Też powinniście z ojcem trochę wyluzować.
- Nie uważasz synku, że sytuacja nie ma nic wspólnego z luzem? Wręcz przeciwnie, prawda?
- Owszem, może jest ciut pogmatwana, ale to chyba jeszcze nie koniec świata.
- Zrzuciliście na nas bombę, więc poczuliśmy się jakby faktycznie kończył się świat.
- Musicie się z tym po prostu pogodzić, nie ma innego wyjścia. To już zależy od was.
- I tak spokojnie to mówisz? Uważasz, że związek z siostrą można w ogóle zaakceptować?
- Mamo, takie jest życie, okej? Nie mam zamiaru rozmawiać o tym dwadzieścia cztery godziny na dobę. To dla was szok, rozumiem to, jednak między mną a Olivią to niczego nie zmienia. Nie mam najmniejszego zamiaru zrezygnować z naszego związku, wybacz.
- Jesteś starszy od siostry, powinieneś być rozsądny i zerwać to, co was łączy.
- Mówiłem, że próbowałem. Nie udało się, wróciłem i ponownie jesteśmy razem. Psycholog wspomniała, że nie jesteśmy jedyną parą na świecie, więc jest ich o wiele więcej. Widocznie da się z tym żyć, a my mamy zamiar spróbować. Prawda, Oli? - patrzy na mnie z nadzieją w oczach, uśmiecham się i przytakuję głową. Jest prze kochany!
- To niepojęte - mama kręci głową i patrzy na nas zrezygnowana - Nie ma w was krzty poczucia winy, wstydu, chęci poprawy. Zachowujecie się, jakby to było normalne.
- Nie uważamy, aby to było normalne, mamo. Mamy świadomość, że jesteśmy rodzeństwem, chociaż mamy innych ojców, co ciut podnosi nas na duchu. Mimo wszystko jesteśmy ludźmi, mamy uczucia i obdarzyliśmy się nimi wzajemnie. Myślisz, że to planowałem? W życiu! Po prostu się pocałowaliśmy, a reszta poszła sama. Broniliśmy się rękami i nogami, jednak jak sama widzisz, na nic się to zdało. Jesteście rozczarowani i to jest całkowicie zrozumiałe. Potrzebujecie czasu, aby pogodzić się z tym i zaakceptować.
- Nie jestem pewna, czy kiedykolwiek będę w stanie to zrobić. To ponad moje siły.
- Przykro mi, naprawdę. Nie ma innego wyjścia, jak nasz wyjazd. Tam, gdzie nikt nie będzie wiedział, że jesteśmy rodzeństwem i gdzie będziemy mogli być razem, szczęśliwi.
- Jak Ty to sobie w ogóle wyobrażasz? Jakim cudem chcecie sami żyć, na własną rękę?
- Mamo, jestem dorosły, tak? W Norwegii przez rok zarobiłem mnóstwo pieniędzy, które mam nadal co do grosza. Gdzieś się zadomowimy, Olivia dokończy studia, a ja znajdę sobie jakieś fajne zajęcie. Wszystko jest do zrobienia, wystarczy tylko trochę chęci.
- Czy Ty to słyszysz? - mama patrzy na tatę i wzdycha ciężko - Oni są niemożliwi.
- Nie denerwuj się, dobrze? - Adam chwyta jej dłoń, głaszcze wierzch i patrzy na nią z ogromną czułością, aż czuję się nieco dziwnie - Nie powinniśmy rozmawiać o tym właśnie teraz. To świeża sprawa, każdy z nas potrzebuje czasu na przemyślenia. Jestem pewny, że wszystko się ułoży i znajdziemy idealne rozwiązanie. Takie, aby nikt nie cierpiał.
- Będzie dobrze, mamo - posyłam jej lekki uśmiech i po cichu liczę, że naprawdę tak będzie. Pragnę być szczęśliwa i odzyskać utracony spokój.




************************************
Hi :)
Rozdział dzisiaj dużo wcześniej.
O dwudziestej pierwszej pojawi się kolejny - ostatni.











6 komentarzy:

  1. Omg jacy Oni są słodcy <3 Jestem bardzo ciekawa jak dalej się to potoczy sytuacja między Adamem a ich mamą.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeszcze dojdzie do tego, że Sylvia i Adam będą razem. Justin i Olivia są tacy rozkoszni razem. Z niecierpliwością czekam na 21.
    Pozdrawiam,
    Kama

    OdpowiedzUsuń
  3. To już koniec? :o czekam na 21!

    OdpowiedzUsuń
  4. oni są tacy słodcy 💞
    Nie wierze ze to juz koniec...ja nie chce 😭😭

    OdpowiedzUsuń
  5. Omg to juz naprawdę koniec? Pamiętam jak dopiero zaczynalas 😘 świetny rozdział💕💕

    OdpowiedzUsuń